HISTORIA KSIĄŻKI

W trakcie poszukiwań wydawcy i dystrybutora naszej pierwszej, limitowanej (próbnej) edycji napotykaliśmy ludzi, którzy w pierwszych wypowiedzianych słowach podczas rozmów telefonicznych sprawiali wrażenie, że to oni są autorami naszej książki, a nie my. Po wielu rozmowach z różnymi wydawnictwami stwierdziliśmy, że stanowią one zagrożenie dla treści naszej publikacji i nie będziemy lizać kogoś po fiucie, aby książka przeszła cenzurę. Wszystko z obawy o to, że pan lub pani korektor poprzesuwa teksty i narobi troszkę bałaganu. Pozmienia treść, wyrzuci to i tamto, przesunie to zdanie, a kolejne przebuduje – i szlag trafi pewne zakręty myślowe, sarkazmy i przekaz, za pomocą których chcieliśmy dotrzeć do czytelników. Gdyby doszło do wyżej wymienionej metamorfozy, to zapewne nasza książka nie byłaby już naszą książką, tylko książką autorstwa innych ludzi – a tego chcieliśmy uniknąć. Brakowało również funduszy na redakcję językową i tym podobne. Była jednak niesamowita chęć dotarcia do czytelników.

Edycja pierwsza

Polski hip hop posiada wiele twarzy w postaci książki drukowanej pierwszy raz ujrzała światło dzienne 29 kwietnia 2015 roku. Był to undergroundowy nakład – limitowana edycja licząca 300 egzemplarzy. W związku z tym, iż mieszkamy w miastach oddalonych od siebie o 352 kilometry, pierwsza edycja książki powstawała wyłącznie przy użyciu zacinającego się Skype’a i opcji „Udostępnij ekran”, bez odpowiedniego oprogramowania potrzebnego do składu i łamania (używaliśmy wówczas programu CorelDRAW 9 z 2001 roku). Czysty hardcore. Z perspektywy czasu pierwsza edycja okazała się unikatowymi surowymi zapiskami, takim grubszym ulicznym Zinem. To był początek. Edycja pierwsza sprzedana. Szampan otwarty. Jest sukces, ale co dalej?

Hirek Wrona z pierwszą edycją książki.

Walka z cenzurą

Przed wydaniem zarówno drugiej, jak i niniejszej, trzeciej edycji korzystaliśmy z usług pani korektor, która zapewniła nas, że podczas jej pracy tekst w żadnym wypadku nie zostanie poddany cenzurze ani znacznie przebudowany.

Następnie przeprowadziliśmy rozmowy z ludźmi reprezentującymi prestiżowe książkowe wydawnictwo muzyczne. Po otrzymaniu od nas całej treści wydawnictwo stwierdziło, że temat jest super i w związku z tym chce wydać naszą publikację pod swoimi skrzydłami. Aby nie spowalniać działań, poinformowaliśmy wydawnictwo, że cała treść książki przeszła już profesjonalną, płatną redakcję językową, co jest wspomniane w stopce redakcyjnej, więc ewentualna ingerencja w tekst i kolejne poprawki są niepotrzebne. Ekipa redakcyjna zaproponowała nam jednak swoją redakcję tekstu, również profesjonalną, bo – jak nam oznajmiono – jest numerem jeden na polskim rynku książkowym jako wydawnictwo muzyczne i takie tam inne przechwałki. Według nas poprawianie tekstu, który już został poprawiony przez jednego korektora, mija się z celem, ponieważ mimo pewnych wymogów pisowni każdy ma swoją wizję. Poza tym redagowanie w kółko zalatuje brakiem szacunku do koleżanek i kolegów po fachu. Wydawnictwo oznajmiło nam, że osoby odpowiedzialne za redakcję tekstu w jego środowisku przedstawią swoje pomysły, a my zerkniemy na te sugestie i podejmiemy decyzję, czy się z tym zgadzamy, czy nie.

Po miesiącu redaktorzy językowi i korektorzy współpracujący z wydawnictwem, którzy wręcz studiowali treść naszej książki, przyznali, że gdyby chodziło tylko o stronę polonistyczną, a nie o hip hop, to bez zastanowienia podjęliby wyzwanie, ale że nie znają wystarczająco dobrze tematu, to zdecydowali komisyjnie, że odejdą w cień ze spuszczoną głową i nawet nie spróbują.

Od tego momentu wydawnictwo przez kolejne dwa miesiące szukało odpowiedniego redaktora/korektora. Czyli co, książkowe wydawnictwo muzyczne numer jeden w Polsce, z 25-letnim doświadczeniem przez trzy miesiące szukało go na księżycu?

Ostatecznie znalazł się śmiałek, który rozpoczął swoje szaleństwo z naszą książką. No i stało się to, co przewidzieliśmy. Okazało się, że zostały naniesione nikomu niepotrzebne poprawki określone przez wydawnictwo jako „propozycje” i „pomysły”, które według niego mają upiększyć i dopieścić tekst. Ale po co dopieszczać książkę o kulturze hip hop, napisaną uliczną prozą, co jest głównym celem przekazu? Całość wyglądała tak, jakby nowy korektor chciał naszą książkę, już skorygowaną przez profesjonalną redaktorkę językową pisać jeszcze raz od początku, tylko że tym razem ze swoją wizją słownictwa.

Tak oto korektor bez konsultacji z nami zaczął wyrzucać pełne akapity, będące integralną częścią poszczególnych rozdziałów, które dzięki nim utrzymywały chronologię przekazu. Poinformowaliśmy wydawnictwo o chęci dalszej współpracy, jednak zaznaczyliśmy, że pragniemy zachować naszą formę pisowni uwzględniającą wcześniejszą korektę i prosimy, jeżeli jest to możliwe, o niewprowadzanie nowych, niepotrzebnych „pomysłów”, które totalnie przebudowałyby zdania naszego autorstwa i zmieniłyby sens. Propozycje nowego redaktora to była jego indywidualna wizja książki, czyli tak naprawdę burzenie czegoś, co już zostało wykonane.

Wydawnictwo stwierdziło, że bez naniesienia wspomnianych pomysłów może się narazić na ostrą krytykę recenzentów, czego bardzo się obawia. Według niego recenzenci skrytykują tę pozycję, wskazując konkretne fragmenty, które im się nie podobają, no i czytelnicy książki nie kupią. Ale jak recenzent może skrytykować publikację, jeśli jej temat jest dla niego obcy, a książka została już wcześniej wydana i otrzymała pozytywne recenzje czytelników? Kozacy z wydawnictwa zaczęli nas uświadamiać, że książka musi być napisana tak, aby czytelnik mógł ją łatwo zrozumieć, a recenzent wydał pozytywny werdykt. Wychodzi więc na to, że według wydawnictwa numer jeden w Polsce większość naszego społeczeństwa to debile i analfabeci, którzy nie potrafi ą zrozumieć tego, co czytają, dlatego każda publikacja, która pojawia się na polskim rynku, musi być napisana jak opowiadanie dla dzieci, bo inaczej Polacy nie zrozumieją treści.

Awaria polskiego rynku książkowego

Smutna prawda jest taka, że książki w naszym kraju są wydawane z myślą o recenzentach, a nie o czytelnikach czy danym środowisku. To takie poklepywanie się po plecach pomiędzy wydawnictwami i ich korektorami, uzależnionymi od pierdnięcia recenzentów.

Piszemy o tym dlatego, że takie są realia polskiego rynku książkowego, w którym potencjalny domorosły internetowy hiphopowiec – redaktor – i jego pomysły są dla redakcji czy wydawnictwa ważniejsze niż książkowe dziecko danego autora. Widzisz, jak jest, drogi czytelniku: polski rynek książkowy to niekończąca się ściana, zbudowana z przestraszonych wydawców, którzy mają narobione po same trampki, bo boją się tego, co powiedzą i napiszą właśnie ci bliżej nieznani ludzie, zwani recenzentami i dumnie określani przez nich samych jako ciało polonistyczne i korektorskie.

Ludzie tacy jak my potrafią bez pomocy innych stworzyć wartościową lekturę, a także perfekcyjnie skopiować dzieła Kossaka czy Matejki, używając swojego talentu plastycznego i poczucia piękna. Dzięki temu potrafi my dotrzeć do odbiorców i pozytywnie ich zadziwić.

Ale niestety przez kilka lat nie mogliśmy wydać swojej książki w żadnym wydawnictwie w naszym kraju tylko dlatego, że nie jest ona napisana językiem akademickim. Wydawca boi się recenzenta, a struktury wydawnictwa muszą być zgodne z poprawnością polityczną i słuchać cenzury.

Przypomina to trochę historię książki Sztuka kochania Michaliny Wisłockiej. Książki, którą wiele lat temu ludzie w naszym kraju pragnęli czytać, ale niestety była komuna i wydawcy nie chcieli tej publikacji wydać. Bali się nie opinii czytelników, tylko tego, co powie trzymający się kurczowo posady recenzent. Pracownicy wydawnictwa przez trzy miesiące szukali odpowiedniego redaktora/korektora, a kiedy my zaproponowaliśmy naszą panią korektor, oni szukali dalej. Szukali wyjścia z labiryntu, a gdy już byli na zewnątrz labiryntu, bo pokazaliśmy im to wyjście, to oni nadal szukali wyjścia. To jakaś awaria polskiego rynku książkowego. Ostatecznie pożegnaliśmy wydawnictwo, żeby zachować oryginalność naszej książki, która jest wolna od cenzury.

Edycja druga

Ponieważ w środowisku hip hop pojawiały się dyskusje, czy ta książka znowu pojawi się na rynku, pomyśleliśmy, że nadszedł czas na kolejny krok, czyli ukłon w stronę tych, którzy nie zdążyli się zaopatrzyć w edycję pierwszą. Dla uspokojenia wszystkich internetowych mordeczek 22 czerwca 2018 roku wypuściliśmy rozszerzony, ale nadal undergroundowy, spontaniczny, również limitowany nakład 200 egzemplarzy książki Polski hip hop posiada wiele twarzy, którego wydawcą był Dziurawe Sample.

Edycja trzecia

Nasza książka – począwszy od pierwszej, a skończywszy na niniejszej, ostatecznej, trzeciej edycji – przechodziła różne modernizacje. Od początku działaliśmy tylko we dwójkę, przeważnie w weekendy, kiedy czas pozwalał, a nie codziennie od poniedziałku do piątku jako wieloosobowy zespół w siedzibie redakcji, gdzie każdy jest wyposażony w odpowiednie oprogramowanie i ma możliwość wprowadzania poprawek po wspólnej słownej konsultacji. Można powiedzieć, że nasze dzieło cały czas dojrzewało. Dlatego w pewnym momencie jeden z nas, autorów, mający większy zapas determinacji i honoru, wziął na siebie wydanie trzecie. Stwierdził bowiem, że nie ma sensu zabawa w wydawanie tej książki w undergroundzie i docieranie do odbiorców poprzez postacie takie jak Janusz i Grażyna na Facebooku oraz grono ich znajomych, bo to prowadzi donikąd. Trzeba zamknąć temat i dotrzeć gdzieś dalej. No i udało się. Wydawca trzeciej edycji naszego bestselleru okazał się nieustraszony i dzięki niemu, drogi czytelniku, wielu ludzi jest właścicielami tej historycznej książki na temat kultury hip hop w Polsce. Do trzech razy sztuka. Polski hip hop posiada wiele twarzy (wydanie trzecie) jest na rynku.